Brian Aldiss
Non Stop
. 1 .
Kabiny
Jak fala radaru odbita od jakiego� odleg�ego przedmiotu
wraca do swego �r�d�a, tak odg�os bicia serca Roya Complaina wype�nia� w jego
odczuciu ca�� otaczaj�c� go przestrze�. Sta� w drzwiach swojego mieszkania
s�uchaj�c gniewnego t�tnienia pulsu w skroniach.
- Wi�c id� ju� sobie, je�eli w og�le masz i��, dobrze?
Powiedzia�e� przecie�, �e wychodzisz! Zjadliwy g�os za plecami, g�os Gwenny,
przyspieszy� jego decyzj�. Wydaj�c st�umiony pomruk w�ciek�o�ci, zatrzasn��
drzwi nie odwracaj�c si�, po czym sta� tr�c r�ce a� do b�lu, by si� opanowa�.
Tak w�a�nie wygl�da�o �ycie z Gwenny, najpierw k��tnie bez �adnego powodu, a
potem te szalone, wyczerpuj�ce jak choroba wybuchy gniewu. Co gorsza, nie by� to
nigdy zwyk�y, czysty gniew, tylko obrzydliwe, lepkie uczucie, kt�re nawet przy
najwi�kszym nasileniu nie by�o w stanie zag�uszy� �wiadomo�ci, �e wkr�tce b�dzie
tu z powrotem przepraszaj�c j� i poni�aj�c si�. C�... Complain nie m�g� si� bez
niej obej��.
O tej wczesnej porze kr�ci�o si� jeszcze kilku m�czyzn.
P�niej dopiero mieli ruszy� do swoich zaj��. Grupa siedz�ca na pok�adzie gra�a
w Skacz wzwy�. Complain podszed� do nich i nie wyjmuj�c r�k z kieszeni ponuro
obserwowa� przebieg gry ponad ich rozwichrzonymi g�owami. Plansza do gry
namalowana by�a na pok�adzie i stanowi�a kwadrat o boku r�wnym podw�jnej
d�ugo�ci m�skiego ramienia. Na planszy rozrzucone by�y bez�adnie kostki i
pionki. Jeden z graj�cych pochyli� si� i przesun�� swoje dwa pionki.
- Oskrzydlenie na pozycji pi�tej - stwierdzi� z bezlitosnym
triumfem, po czym uni�s� g�ow� i mrugn�� konspiracyjnie do Complaina.
Complain odwr�ci� si� oboj�tnie. Przez d�ugi czas jego
zainteresowanie t� gr� by�o wr�cz niezdrowe. Gra� w ni� nieustannie, tak d�ugo,
a� jego m�ode nogi przesta�y wytrzymywa� ci�g�e siedzenie w kucki, a zm�czone
oczy nie by�y w stanie dostrzec srebrnych pionk�w. Tak�e na innych, prawd�
m�wi�c prawie na wszystkich, cz�onk�w szczepu Greene gra ta rzuci�a jaki� czar,
dawa�a im poczucie przestrzeni i si�y, a wi�c doznania, kt�rych ich normalne
�ycie by�o ca�kowicie pozbawione. W tej chwili czar prys� i Complain by� ju� od
niego wolny, chocia� na pewno by�oby dobrze mie� znowu co�, co by podobnie
absorbowa�o.
W sm�tnej zadumie powl�k� si� przed siebie nie zwracaj�c
prawie uwagi na znajduj�ce si� po obu stronach drzwi, ale za to bystro
obserwuj�c przechodni�w, jakby w oczekiwaniu jakiego� sygna�u. Nagle dostrzeg�
spiesz�cego do barykad Wantage'a, kt�ry odruchowo ukrywa� swoj� zdeformowan�
lew� po�ow� twarzy przed ludzkimi oczami. Wantage nigdy nie bra� udzia�u w grach
towarzyskich. Nie znosi� by� otoczony lud�mi. Dlaczego Rada oszcz�dzi�a go, gdy
by� jeszcze dzieckiem? W szczepie Greene przychodzi�o na �wiat wiele
zdeformowanych dzieci, ale oczekiwa� je tylko n�. Jako ch�opcy nazywali
Wantage'a "Dziuraw� G�b�" i zn�cali si� nad nim, lecz obecnie, gdy wyr�s� na
silnego i agresywnego m�czyzn�, ich stosunek do niego sta� si� bardziej
tolerancyjny, a przytyki bardziej zawoalowane.
Nie�wiadom, �e jego leniwe w��czenie si� nabra�o sensu,
Complain tak�e skierowa� si� w stron� barykady pod��aj�c za Wantage'em. W
okolicy tej znajdowa�y si� najlepsze pomieszczenia przystosowane do u�ytku Rady.
Drzwi jednego z nich otworzy�y si� gwa�townie i ukaza� si� sam porucznik Greene
w towarzystwie dw�ch oficer�w. Wprawdzie Greene by� ju� w mocno podesz�ym wieku,
ale jego rozdra�nienie i nerwowy ch�d nosi�y jeszcze znamiona m�odzie�czego
temperamentu. Obok niego szli dumnie oficerowie Patcht i Zilliac z wyra�nie
widocznymi paralizatorami wetkni�tymi za pasy.
Ku wielkiej rado�ci Complaina Wantage zaskoczony ich nag�ym
pojawieniem si� wpad� w panik� i odda� wodzowi honory. By� to �a�osny gest,
g�owa przy�o�ona do r�ki zamiast na odwr�t, co Zilliac skwitowa� wymuszonym
u�miechem. S�u�alczo�� by�a og�lnie obowi�zuj�c� zasad�, cho� duma nie pozwala�a
si� do tego przyzna�.
Kiedy Complain mia� ich mija�, post�pi� zgodnie z og�lnie
przyj�tym zwyczajem, to znaczy odwr�ci� si� patrz�c w inn� stron�. Nikt nie mia�
prawa my�le�, �e on, �owca, mo�e by� od kogokolwiek gorszy. Powiedziane by�o
bowiem w Nauce: "�aden cz�owiek nie jest gorszy od innych, chyba �e sam odczuwa
potrzeb� okazania drugiemu szacunku".
W wyra�nie lepszym nastroju dogoni� Wantage'a i po�o�y� mu
r�k� na lewym ramieniu. Wantage odwr�ci� si� i przystawi� mu do brzucha kr�tki,
zaostrzony kij. Ruchy mia� jak zawsze bardzo ekonomiczne, zachowywa� si� jak
cz�owiek otoczony zewsz�d nagimi ostrzami. Czubek kija spoczywa� dok�adnie w
okolicy p�pka Complaina.
- Spokojnie, pi�knisiu. Czy zawsze tak witasz przyjaci�? -
zapyta� Complain odsuwaj�c ostrze kija.
- S�dzi�em... Przestrzeni, �owcze... Dlaczego nie jeste� na
polowaniu? - spyta� Wantage odwracaj�c wzrok.
- Poniewa� id� w stron� barykad w twoim towarzystwie. Poza
tym m�j garnek jest pe�ny, a podatki zap�acone. Osobi�cie nie czuj� potrzeby
mi�sa.
Szli w milczeniu. Complain usi�owa� znale�� si� po lewej
stronie Wantage'a, kt�ry jednak do tego nie dopuszcza�. Complain by� ostro�ny,
ba� si� prowokowa� zbytnio Wantage'a, aby si� na niego nie rzuci�. Przemoc i
�mier� by�y zjawiskiem powszechnym w Kabinach - tworzy�y naturaln� przeciwwag�
dla wysokiego przyrostu naturalnego, nikt jednak nie umiera ch�tnie jedynie dla
zachowania r�wnowagi.
Bli�ej barykad korytarz by� zat�oczony i Wantage oddali�
si� mamrocz�c co� o porz�dkach, jakie musi jeszcze zrobi�. Szed� pod �cian�,
wyprostowany, z pe�n� goryczy godno�ci�.
G��wna barykada by�a drewnian� przegrod�, kt�ra ca�kowicie
blokowa�a korytarz. Pilnowa�o jej stale dw�ch stra�nik�w. W tym miejscu ko�czy�y
si� Kabiny i zaczyna� labirynt spl�tanych glon�w. Sama barykada by�a budowl�
tymczasow�, gdy� miejsce, w kt�rym j� stawiano, ulega�o sta�ym zmianom.
Szczep Greene mia� charakter koczowniczy: niezdolno�� do
uzyskania dostatecznych zbior�w i niezb�dnej �ywno�ci zmusza�a go do cz�stej
zmiany miejsca. Polega�o to na posuwaniu do przodu barykady przedniej, a cofaniu
tylnej. Co� takiego dzia�o si� w�a�nie w tej chwili; pl�tanina glon�w atakowana
i niszczona na przodzie, mog�a swobodnie rosn�� za nimi; w ten spos�b szczep
wdziera� si� powoli w nieko�cz�ce si� korytarze, jak czerw w gnij�ce jab�ko. Za
barykad� pracowali m�czy�ni, kt�rzy �cinali d�ugie �odygi z tak� energi�, �e
jadalny sok tryska� im spod ostrzy. �odygi te zabezpieczano potem celem
zachowania mo�liwie najwi�kszej ilo�ci soku. Suchych tyczek, poci�tych na r�wne
cz�ci, u�ywano p�niej do najr�niejszych cel�w. Na samym przedzie, tu� przed
migaj�cymi ostrzami, odbywa� si� zbi�r innych cz�ci ro�lin: li�ci dla cel�w
leczniczych, m�odych p�d�w jako specjalnego przysmaku, nasion o r�norodnym
zastosowaniu, a wi�c jako po�ywienia, guzik�w, sypkiego balastu do kabinowej
wersji tamburynu, pionk�w do gry Skacz wzwy� i wreszcie zabawek dla dzieci (by�y
one na szcz�cie za du�e, aby si� zmie�ci� w zach�annych dzieci�cych buziach).
Najtrudniejszym zadaniem przy oczyszczaniu terenu z glon�w
by�o karczowanie korzeni, kt�re jak stalowa siatka rozci�ga�y si� pod
powierzchni� wgryzaj�c si� niekt�rymi odnogami g��boko w pok�ad. Po wyci�ciu
korzeni nast�pna ekipa zbiera�a �opatami humus do work�w. W tym miejscu
pr�chnica by�a wyj�tkowo g��boka, pokrywa�a pok�ad prawie na wysoko�� dw�ch
st�p, co wskazywa�o na to, �e tereny te by�y zupe�nie nie zbadane i nie
przebywa� tutaj �aden inny szczep. Pe�ne worki dostarczano do Kabin, gdzie w
kolejnych pomieszczeniach zak�adano nowe pola uprawne.
W trwaj�cej przed barykad� pracy bra�a udzia� jeszcze jedna
grupa m�czyzn i t� w�a�nie grup� obserwowa� z zainteresowaniem Complain. Byli
to stra�nicy. Wy�si rang� od pozosta�ych, rekrutowali si� wy��cznie spo�r�d
�owc�w i istnia�a pewna szansa, �e kt�rej� jawy Complain przy odrobinie
szcz�cia lub jako wyr�nienie wejdzie do tej godnej pozazdroszczenia klasy.
Gdy prawie jednolita �ciana, jak� tworzy�y spl�tane glony,
zosta�a ju� wykarczowana, oczom ludzi ukaza�y si� ciemne otwory drzwi. Pokoje
znajduj�ce si� za tymi drzwiami kry�y rozliczne zagadki, tysi�ce dziwnych
przedmiot�w, czasem potrzebnych, czasem zupe�nie zb�dnych lub bez znaczenia,
kt�re stanowi�y kiedy� w�asno�� zaginionej rasy Gigant�w. Do obowi�zk�w
stra�nik�w nale�a�o wywa�anie drzwi prowadz�cych do tych staro�ytnych grobowc�w
i rozstrzyganie, co z ich zawarto�ci mo�e by� przydatne dla szczepu, oczywi�cie
ze szczeg�lnym uwzgl�dnieniem siebie samych. Po pewnym czasie zawarto�� albo
rozdzielano, albo niszczono, w zale�no�ci od kaprysu Rady. Wiele z tego, co w
ten spos�b trafia�o do Kabin, Komenda uznawa�a za niebezpieczne i pali�a. Sama
czynno�� otwierania drzwi nie by�a pozbawiona ryzyka, chocia� istnia�o ono
bardziej w wyobra�ni ni� w rzeczywisto�ci. W Kabinach kr��y�y pog�oski, �e inne
ma�e szczepy tak�e walcz�ce o byt w g�stej d�ungli znika�y cicho i bez �ladu po
otwarciu takich w�a�nie drzwi.
Complain nie by� w tej chwili jedynym, kt�remu udzieli�a
si� fascynacja prac� innych. Liczne kobiety, ka�da otoczona wianuszkiem dzieci,
sta�y obok barykady przeszkadzaj�c swoj� obecno�ci� tym, kt�rzy byli zaj�ci
transportem pr�chnicy i glon�w. Z cichym brz�czeniem much, kt�rych Kabiny nigdy
nie mog�y si� ca�kowicie pozby�, ��czy�y si� g�osy dzieci�ce. Przy
akompaniamencie tych d�wi�k�w stra�nicy otworzyli nast�pne drzwi. Na chwil�
zapad�a cisza i nawet robotnicy rolni przerwali prac� patrz�c z l�kiem na
stoj�cy otworem pok�j. Przyni�s� on rozczarowanie. Nie zawiera� nawet
fascynuj�cego i budz�cego groz� szkieletu Giganta. By� niewielkim magazynem
zastawionym p�kami, na kt�rych le�a�y ma�e woreczki z r�nokolorowym proszkiem.
Dwa z nich, z kolorami jasno��tym i szkar�atnym, spad�y i pop�ka�y tworz�c na
pok�adzie dwa wachlarze, a w powietrzu dwie mieszaj�ce si� ze sob� chmurki.
Rozleg�y si� pe�ne zachwytu okrzyki dzieci, kt�re rzadko widywa�y jakiekolwiek
kolory, a stra�nicy, wydaj�c kr�tkie, energiczne rozkazy, ustawiwszy si� w �ywy
transporter, zacz�li wynosi� swoj� zdobycz do czekaj�cego za barykad� pojazdu.
U�wiadomiwszy sobie pewien spadek napicia Complain oddali�
si�. Mo�e jednak mimo wszystko wybierze si� na polowanie...
- Ale dlaczego tam w g�stwinie jest �wiat�o, skoro nie ma
nikogo, kto by go potrzebowa�?
Pytanie to dotar�o do Complaina pomimo gwaru. Odwr�ci� si�
i zobaczy�, �e zada� je jeden z ma�ych ch�opc�w zgromadzonych wok� siedz�cego w
kucki wysokiego m�czyzny. Obok sta�o kilka matek u�miechaj�c si� pob�a�liwie i
op�dzaj�c leniwie od much.
- �wiat�o potrzebne jest po to, aby glony mog�y rosn��; ty
tak�e nie m�g�by� �y� w ciemno�ciach - pad�a odpowied�.
Okaza�o si�, �e udzieli� jej Bob Fermour, cz�owiek oci�a�y
i powolny, kt�ry z tych w�a�nie przyczyn nadawa� si� tylko do pracy w polu. By�
weso�y nieco bardziej, ni� na to zezwala�a Nauka, i dlatego ogromnie lubiany
przez dzieci. Complain przypomnia� sobie, �e Fermour mia� opini� gaw�dziarza, i
poczu� nagle gwa�town� potrzeb� jakiej� rozrywki. Bez gniewu, kt�ry mu ju�
przeszed�, czu� w sobie pustk�.
- A co tam by�o, zanim pojawi�y si� glony? - zapyta�a ma�a
dziewczynka.
Dzieci wyra�nie pr�bowa�y w naiwny nieco spos�b sk�oni�
Fermoura do opowiadania.
- Opowiedz im histori� �wiata, Bob - poradzi�a jedna z
matek.
Fermour spojrza� z zak�opotaniem na Complaina.
- Nie zwracaj na mnie uwagi - rzek� Complain - teorie
znacz� dla mnie mniej ni� te muchy.
W�adze szczepu nie popiera�y teoretyzowania ani �adnych
rozwa�a� nie maj�cych praktycznego znaczenia i to by�o przyczyn� wahania
Fermoura.
- No c�, to s� wszystko tylko domys�y, poniewa� nie mamy
�adnych zapis�w z okresu poprzedzaj�cego pojawienie si� szczepu Greene - rzek�
Fermour - a je�eli nawet co� jest, to i tak nie ma to wielkiego sensu. - Po czym
patrz�c uwa�nie na doros�ych s�uchaczy doda� szybko: - Mamy poza tym wa�niejsze
sprawy na g�owie ni� roztrz�sanie starych legend.
- Jaka jest historia �wiata, Bob? Czy jest ciekawa? -
zapyta� niecierpliwie jeden z ch�opc�w.
Fermour odgarn�� ch�opcu w�osy spadaj�ce mu na oczy i rzek�
powa�nie:
- Jest to najbardziej pasjonuj�ca historia, jak� mo�na
sobie wyobrazi�, poniewa� dotyczy ona nas wszystkich i ca�ego naszego �ycia.
�wiat jest wspania�y. Zbudowany jest z licznych pok�ad�w takich jak ten. S� to
warstwy, kt�re nie ko�cz� si� nigdzie, gdy� tworz� zamkni�ty okr�g. W ten spos�b
mogliby�cie i�� bez ko�ca i nigdy nie dotrze� do kresu �wiata. Warstwy te
wype�nione s� tajemniczymi pomieszczeniami, z kt�rych jedne zawieraj� rzeczy
dobre, a inne z�e, za� wszystkie bez wyj�tku korytarze zaro�ni�te s� glonami.
- A co z lud�mi z Dziobu? - spyta� jeden z ch�opc�w. - Czy
to prawda, �e maj� zielone twarze?
- Dojdziemy i do nich - rzek� Fermour zni�aj�c g�os, tak �e
jego m�odociani s�uchacze z konieczno�ci przysun�li si� bli�ej. - M�wi�em wam,
co si� stanie, jak b�dziecie trzyma� si� bocznych korytarzy. Ale gdyby�cie
dostali si� na Korytarz G��wny, wyjdziecie na autostrad�, kt�ra zaprowadzi was
prosto w odleg�e cz�ci �wiata. W ten spos�b mo�ecie dotrze� do terytorium
Dziobowc�w.
- Czy to prawda, �e oni wszyscy maj� po dwie g�owy? -
zapyta�a ma�a dziewczynka.
- Oczywi�cie, �e nie - odrzek� Fermour. S� bardziej
cywilizowani od naszego ma�ego szczepu - znowu spojrza� uwa�nie na swych
doros�ych s�uchaczy - ale nie wiemy o nich wiele, poniewa� ich tereny dzieli od
nas mn�stwo przeszk�d. Waszym obowi�zkiem jest, w miar� jak dorastacie,
pog��bia� wiedz� o naszym �wiecie. Pami�tajcie, �e bardzo wielu rzeczy nie
wiemy, a poza naszym �wiatem mog� by� jeszcze inne, kt�rych istnienia mo�emy si�
tylko domy�la�.
Dzieci wydawa�y si� bardzo przej�te, ale jedna z kobiet
roze�mia�a si� i rzek�a:
- Du�o b�d� mieli z tego po�ytku, jak zaczn� si�
zastanawia� nad czym�, czego pewnie w og�le nie ma.
Complain odchodz�c pomy�la�, �e w g��bi duszy si� z ni�
zgadza. Kr��y�o obecnie wiele tego typu teorii, mglistych i mocno
zr�nicowanych, ale �adna nie znalaz�a poparcia u w�adz. Zastanawia� si�, czy
sporz�dzenie donosu na Fermoura poprawi�oby w czym� jego sytuacj�, ale na
nieszcz�cie wszyscy ignorowali Fermoura, by� bowiem zbyt powolny. Nie dalej jak
w czasie ostatniej jawy zosta� publicznie wych�ostany za lenistwo wykazane w
czasie prac polowych.
Complain mia� w tej chwili inny problem do rozwi�zania -
i�� czy nie i�� na polowanie. U�wiadomi� sobie nagle, jak to ostatnio ci�gle
biega� niespokojnie do barykady i z powrotem. Zacisn�� pi�ci... Czas przemija,
sprzyjaj�ce okoliczno�ci przemijaj�, a ci�gle czego� brak i brak... Complain i
teraz - jak to zwykle robi� od czasu dzieci�stwa - gwa�townie wyt�y� umys� w
poszukiwaniu tego elementu, kt�ry przecie� powinien gdzie� by�, a kt�rego nigdy
nie znajdowa�. Niejasno zdawa� sobie spraw�, �e zupe�nie bezwiednie przygotowuje
si� do jakiego� kryzysu, jakiej� gwa�townej zmiany. Tak jakby wzbiera�a w nim
gor�czka, czu� jednak, �e b�dzie to co� du�o gorszego.
Zacz�� biec. D�ugie, intensywnie czarne w�osy spada�y mu na
oczy. By� bardzo niespokojny. Jego m�oda twarz by�a silna i sympatyczna mimo
nieznacznej tendencji do tycia. Linia szcz�ki wskazywa�a na charakter, usta na
odwag�. A jednak nad wszystkim dominowa�a ja�owa gorycz - pos�pny w sumie
wygl�d, w�a�ciwy wszystkim prawie cz�onkom szczepu. Trzeba przyzna�, �e Nauka
wykaza�a ogromn� m�dro�� zalecaj�c, aby ludzie nie patrzyli sobie prosto w oczy.
Complain bieg� prawie na o�lep, pot zalewa� mu czo�o.
Zar�wno w sen, jak i za jawy w Kabinach by�o ciep�o i ludzie �atwo si� pocili.
Nikt nie zwr�ci� na niego uwagi; bezsensowna bieganina by�a w szczepie
zjawiskiem nagminnym, wiele os�b pr�bowa�o w ten spos�b uciec przed
prze�laduj�cymi je zmorami. Complain wiedzia� tylko jedno: musi wr�ci� do
Gwenny, gdy� tylko kobiety posiada�y magiczn� zdolno�� dawania zapomnienia.
Kiedy wpad� do ich kwatery, sta�a bez ruchu trzymaj�c w
r�ku fili�ank� herbaty. Udawa�a, �e go nie widzi, ale jej nastr�j uleg� zmianie,
szczup�a twarz wyra�a�a napi�cie. By�a silnie zbudowana, a jej masywne cia�o
dziwnie kontrastowa�o z t� drobn� twarz�. W tej chwili ca�a jej posta� wyra�a�a
stanowczo��, jakby przygotowywa�a si� na fizyczny atak.
- Nie patrz tak, Gwenny. Nie jestem przecie� twoim
�miertelnym wrogiem - niezupe�nie to zamierza� jej powiedzie�, a i ton nie by�
dostatecznie pojednawczy, ale na jej widok gniew mu cz�ciowo wr�ci�.
- Owszem, jeste� moim �miertelnym wrogiem - powiedzia�a z
naciskiem nadal nie patrz�c na niego - nikogo nie darz� tak� nienawi�ci� jak
ciebie.
- Daj mi w takim razie �yk swojej herbaty i miejmy
nadziej�, �e to mnie otruje.
- Bardzo bym tego chcia�a - powiedzia�a g�osem pe�nym jadu,
podaj�c mu fili�ank�.
Zna� j� dobrze. Jej gniew nie by� podobny do jego gniewu.
Jemu przechodzi� powoli - jej b�yskawicznie. Mog�a da� mu w twarz, a w sekund�
potem si� z nim kocha�. I wtedy robi�a to najlepiej.
- Rozchmurz si� - rzek�. - Wiesz przecie�, �e k��cimy si�
jak zwykle o nic.
- O nic? A wi�c Lidia to dla ciebie nic? Tylko dlatego, �e
zmar�a zaraz po urodzeniu... nasze jedyne dziecko, a ty m�wisz, �e to nic?
- Lepiej nazywa� j� niczym, ni� u�ywa� jej jako pretekstu
do k��tni, prawda? - Skorzysta� z tego, �e Gwenny wyci�gn�a r�k� po fili�ank�,
i posuwaj�c d�o� po jej nagim ramieniu zr�cznie wsadzi� palce w dekolt bluzki.
- Przesta�! - krzykn�a wyrywaj�c si�. Jeste� obrzydliwy!
Nie potrafisz my�le� o niczym innym, nawet kiedy do ciebie m�wi�! Puszczaj mnie,
wstr�tny bydlaku.
Ale on nie pu�ci�. Zamiast tego obj�� j� drugim ramieniem i
przyci�gn�� do siebie. Usi�owa�a go kopn��. Zr�cznie podci�� jej kolana i upadli
razem na pod�og�. Kiedy przybli�y� twarz, pr�bowa�a ugry�� go w nos.
- Precz z r�kami! - zawo�a�a z trudem �api�c oddech.
- Gwenny... Gwenny, kochanie... - wyszepta� pieszczotliwie.
Jej zachowanie zmieni�o si� gwa�townie. Zaci�ta czujno��
ust�pi�a rozmarzeniu.
- A zabierzesz mnie potem na polowanie?
- Oczywi�cie. Zrobi� wszystko, co zechcesz.
To, czego Gwenny chcia�a lub nie chcia�a, nie mia�o jednak
wi�kszego wp�ywu na dalszy bieg wypadk�w, gdy� w tym samym momencie wpad�y
zadyszane dwie jej kuzynki Ansa i Daise zawiadamiaj�c, �e jej ojciec Ozbert
Bergass poczu� si� gorzej i wzywa j� do siebie. Zachorowa� na gnilec post�powy
jedn� sen-jaw� temu i Gwenny odwiedzi�a go ju� raz w jego odleg�ym miejscu
zamieszkania. Panowa� og�lny pogl�d, �e nie poci�gnie d�ugo. Tak si� zwykle
ko�czy�y choroby w Kabinach.
- Musz� do niego i�� - powiedzia�a Gdvenny.
Separacja dzieci od rodzic�w bywa�a w sytuacjach
krytycznych przestrzegana nie tak surowo, a prawo zezwala�o na odwiedzanie
ci�ko chorych.
- To by� dla nas nieoceniony cz�owiek rzek� uroczy�cie
Complain. Ozbert Bergass by� starszym przewodnikiem przez wiele sn�w-jaw i jego
�mier� stanowi�aby dla szczepu odczuwaln� strat�, mimo to Complain nie wyrazi�
ch�ci odwiedzenia te�cia; wszelkie sentymenty szczep Greene stara� si�
wykorzeni�. Po wyj�ciu Gwenny uda� si� zaraz na rynek, aby spotka� si� z
wyceniaczem Ernem Rofferym i dowiedzie� si�, ile obecnie kosztuje mi�so. Po
drodze min�� zagrody dla zwierz�t. By�y one obficiej ni� zazwyczaj wype�nione
zwierzyn� domow�, o smaczniejszym i delikatniejszym mi�sie ni� dzikie zwierz�ta
chwytane przez �owc�w. Roy Complain nie by� my�licielem, ale tego paradoksu nie
potrafi� sobie wyt�umaczy�: nigdy dot�d szczep nie prosperowa� tak dobrze, nigdy
hodowla si� tak wspaniale nie rozwija�a, �eby nawet najprostszy robotnik m�g�
je�� mi�so co cztery sen-jawy, a za to on, Complain, by� teraz biedniejszy ni�
kiedykolwiek. Polowa� wi�cej, ale coraz mniej �owi� i coraz mniej za to
dostawa�. Wielu �owc�w, kt�rzy stan�li wobec tego samego problemu, porzuci�o
�owiectwo i zaj�o si� czym innym.
Nie b�d�c w stanie skojarzy� logicznie niskich cen, jakie
Roffery ustanowi� na dziczyzn�, z obfito�ci� po�ywienia, ten smutny stan rzeczy
Complain k�ad� na karb niech�ci, jak� wyceniacz �ywi� do ca�ego klanu �owc�w.
Complain z determinacj� przepchn�� si� przez t�um
wype�niaj�cy rynek i niezbyt grzecznie zwr�ci� si� do wyceniacza.
- ...strzeni dla twojego ja.
- Twoim kosztem - odrzek� z o�ywieniem wyceniacz podnosz�c
g�ow� znad d�ugiej listy, nad kt�r� w�a�nie �l�cza�. - Mi�so dzi� spad�o,
�owcze. Trzeba mie� du�e �cierwo, aby zarobi� sze�� sztuk.
- Flaki si� we mnie przewracaj�! Jak ci� widzia�em ostatnim
razem, m�wi�e�, �e spad�a cena zbo�a, kr�taczu jeden.
- Wyra�aj si� grzeczniej, Complain, twoje w�asne �cierwo
nie jest dla mnie warte ani grosza. Owszem, m�wi�em ci, �e cena zbo�a spad�a, bo
to prawda, ale cena mi�sa spad�a jeszcze bardziej.
Wyceniacz z zadowoleniem nastroszy� swoje sumiaste w�sy i
wybuchn�� �miechem. Kilku innych m�czyzn kr�c�cych si� w pobli�u przy��czy�o
si� do og�lnej weso�o�ci. Jeden z nich, przysadzisty, �mierdz�cy osobnik zwany
Cheap, mia� ze sob� stos okr�g�ych puszek, kt�re zamierza� korzystnie wymieni�
na targu. Gwa�townym kopni�ciem Complain rozrzuci� je doko�a. Z w�ciek�ym rykiem
Cheap skoczy�, aby je pozbiera�, walcz�c jednocze�nie z tymi, kt�rzy ju� zd��yli
je pochwyci�. Na ten widok Roffery zacz�� �mia� si� jeszcze bardziej, ale fala
jego �miechu zmieni�a niejako sw�j kierunek. Nie by�a ju� wymierzona przeciw
Complainowi.
- Ciesz si�, �e nie �yjesz w�r�d Dziobowc�w - rzek� Roffery
pocieszaj�co - ci ludzie czyni� istne cuda. Wyczarowuj� jadaln� zwierzyn� ze
swego oddechu, po prostu �api� j� w powietrzu i nie potrzebuj� wcale �owc�w.
Gwa�townie trzepn�� much�, kt�ra usiad�a mu na karku. - Uda�o im si� tak�e
zlikwidowa� przekle�stwo, jakim s� te owady...
- Bzdura! - rzek� stary cz�owiek stoj�cy obok.
- Nie sprzeczaj si� ze mn�, Eff - rzek� wyceniacz - chyba
�e wy�ej cenisz swoje straty od dochod�w.
- To jest bzdura - potwierdzi� Complain. - Nie ma chyba
takiego idioty, co by uwierzy� w miejsce bez much.
- Ja za to �wietnie wyobra�am sobie miejsce bez Complaina!
- wrzasn�� Cheap, kt�ry zd��y� ju� pozbiera� swoje puszki i sta� gro�nie ko�o
Complaina. Patrzyli teraz na siebie gotowi do b�jki.
- No ju�, lej go! - zawo�a� wyceniacz do Cheapa. - Poka�
mu, �e ja nie �ycz� tu sobie �owc�w, kt�rzy przeszkadzaj� mi w interesach.
- A odk�d to �mieciarz ma wi�cej do powiedzenia w Kabinach
ni� �owca? - zwr�ci� si� do wszystkich stary cz�owiek zwany Effem. Ostrzegam
was, z�e czasy nadchodz� dla szczepu. Jestem szcz�liwy, �e ja ju� tego nie b�d�
ogl�da�.
Dooko�a rozleg�y si� pomruki pe�ne drwiny i dezaprobaty dla
starczego sentymentalizmu.
Zm�czony nagle tym towarzystwem Complain rozepchn�� t�um i
odszed�. Zauwa�y�, �e stary cz�owiek idzie za nim, wi�c kiwn�� mu ostro�nie
g�ow�.
- Widz� to jak na d�oni - rzek� Eff najwyra�niej pragn�c
kontynuowa� sw�j sm�tny monolog. - Stajemy si� mi�czakami. Wkr�tce nikt nie
b�dzie chcia� opuszcza� Kabin ani Wycina� glon�w. Nie b�dzie �adnej podniety...
Nie b�dzie odwa�nych m�czyzn, tylko same �ar�oki i gogusie. Wkr�tce dojd� do
tego choroby, �mier� i ataki innych szczep�w - widz� to tak dok�adnie jak
ciebie, i tam, gdzie �y� szczep Greene, wyro�nie d�ungla.
- S�ysza�em, ze Dziobowcy s� porz�dni przerwa� t� tyrad�
Compiam - �e pos�uguj� si� rozumem, a nie czarami.
- Pewnie s�ucha�e� tego typa Fermoura lub jemu podobnych -
rzek� opryskliwie Eff. Niekt�rzy ludzie chc� nas o�lepi�, aby�my nie odr�niali
naszych prawdziwych wrog�w. Nazywam ich lud�mi, ale to nie s� ludzie, to Obcy.
Obcy, �owcze - istoty nadprzyrodzone. Gdyby bo ode mnie zale�a�o, kaza�bym ich
pozabija�. Chcia�bym prze�y� znowu polowanie na czarownice. Tak, chcia�bym, ale
obecnie nie poluje si� ju� na czarownice. Kiedy by�em dzieckiem, stale mieli�my
takie polowania. M�wi� ci, �e szczep robi si� za mi�kki, za mi�kki. Gdyby to ode
mnie zale�a�o...
Zasapa� si� i umilk� maj�c przed oczyma prawdopodobnie
obraz jakiej� dawnej, ogromnej masakry. Complain na widok zbli�aj�cej si� Gwenny
odszed� prawie nie zauwa�ony.
- Jak ojciec? - spyta�.
Wykona�a d�oni� ruch pe�en rezygnacji.
- Wiesz dobrze, co to jest gnilec - powiedzia�a bezbarwnym
g�osem. - Uda si� w D�ug� Podr�, zanim minie nast�pna sen-jawa.
- W pe�ni �ycia stajemy w obliczu �mierci rzek� uroczy�cie
Complain. - Bergass by� cz�owiekiem pe�nym godno�ci.
- A D�uga Podr� zawsze ma sw�j pocz�tek - doko�czy�a za
nim cytat z Litanii. Nic wi�cej nie da si� zrobi�. Jak na razie mam serce ojca i
twoj� obietnic�. Chod�my, Roy. We� mnie w glony na polowanie, prosz� ci�...
- Mi�so spad�o do sze�ciu sztuk za �cierwo - rzek� - nie
warto i��, Gwenny.
- Za sztuk� mo�na wiele kupi�, na przyk�ad naczynie na
czaszk� mego ojca.
- To obowi�zek twojej macochy.
- Chc� i�� z tob� na polowanie.
Zna� ten ton. Odwracaj�c si� gniewnie ruszy� bez s�owa w
stron� przedniej barykady. Gwenny potulnie pod��y�a za nim.
nast�pny |